Post na nielegalnego w Chinach Facebooka

Chcialbym napisac dluzszego posta, ale nie mam mozliwosci - za 15 minut skonczy mi sie czas dostepu do Facebooka i utrace go na caly miesiac.

Piszac w skrocie, 9 sierpnia wjechalismy do Turcji. To mial byc kilkudniowy pobyt bez oddalania sie od granicy z Bulgaria… Do momentu, gdy zatrzymal sie przy nas czarny Mercedes i pojechalismy nim 1450 km dalej, do granicy z Gruzja.

W Gruzji spedzilismy 3-4 dni. Zaliczylismy uroczystosc odnowienia zaslubin pewnej pary, kierowalismy luksusowym BMW x5 i co chwila doswiadczalismy wielkiej goscinnosci tubylcow.

Wrocilismy do Turcji - skierowalismy sie do skalnych miast w Kapadocji. Tam mielismy najbardziej ciekawy nocleg w zyciu - w wykutej w skale jaskinii, wlasnie w tym skalnym miescie. Cos pieknego.

W Gruzji i Turcji na stopa nie czekalismy dluzej, niz 10 minut, za to po powrocie do Europy wszystko sie zmienilo. Spieszylismy sie na samolot do Paryza, a stopa lapalo sie coraz trudniej. 2 dni przed odlotem bylismy dopiero na poczatku Wloch. Na szczescie, mocno uwierzylismy, ze nam sie uda i nagle to ludzie sami zaczeli nam wyszukiwac podwozki i robic wszystko, abysmy spokojnie zdazyli.

24 sierpnia przelecielismy do Hongkongu. Mam jeszcze 5 minut darmowego dostepu do zakazanego w Chinach Facebooka. Nie opisze, na jakiej zasadzie, po prostu… Juz 4 minuty. Ciezko bedzie opisac nasze wrazenia.

Po pierwsze, chyba zaden Chinczyk nie wie, jak dziala autostop. I prawie zaden Chinczyk nie mowi po angielsku. Gdy stoimy na poboczu wiecej, niz 5 minut, zazwyczaj zostajemy osaczeni przez grupe tubylcow wymachujacych smartfonami, jakby sie przescigali, kto wiecej zrobi sobie z nami zdjec, zazwyczaj tzw. “samoj**ek”.

Sa bardzo goscinni. Czestuja jedzeniem, zapraszaja na obiady, czesto do siebie do domu. Teraz przebywamy u pierwszego Chinczyka mowiacego po angielsku sposrod tych, ktorych spotkalismy. Mam jeszcze pol minuty dostepu do Facebooka*. Mam nadzieje, ze ten post dojdzie do waszych oczu. Pozdrowienia!

Chiny

____________

* Chinski rzad blokuje takie strony, jak Facebook, Google, Youtube czy Blogspot, aby zapewnic swoim obywatelom “bezpieczenstwo i harmonie”. Ciezko znalezc sposob na obejscie tych zabezpieczen. Istnieje mozliwosc polaczenia sie z serwerem VPN (proxy), czyli mowiac prostymi slowami polaczyc sie z komputerem, ktory znajduje sie w innym kraju, np. w Polsce i za jego posrednictwem wejsc na Facebooka. Tylko to nie jest proste, gdy prawie wszystkie komputery oferujace takie obslugi sa blokowane przez Chinski rzad. Mi sie udalo zdobyc dostep do Facebooka na 20 minut. Za dluzej musialbym zaplacic. Na szczescie, mojego bloga jeszcze w Chinach nie zablokowali i moge przekopiowac post z mojego fanpage’a tutaj.

W 5 dni dojechaliśmy stopem tylko do Bułgarii, ale nie spieszy nam się… Czasem ruszamy w podróż o 7 rano, ale częściej o 15-17, bo chce nam się długo spać i czytać lub po prostu nie chce się wstawać. Ruszyliśmy w podróż tak wcześnie między innymi po to, aby nabrać energii przed wylotem do Chin.

 Piszę właśnie z iPada kobiety, która podwiozła dziś mnie i Klaudię na stopa. Zaproponowała nam, że możemy przenocować u niej w mieszkaniu… a jako że ma właśnie wakacje, ale nie ma pomysłu jak je spędzić, to postanowiła nas jutro (już jest po północy, czyli: dziś) podwieźć do Stambułu w Turcji i przy okazji go zwiedzić! Na zdjęciu przedstawiony jest obraz namalowany przez nasza gospodynię.

Plovdiv, Bułgaria

W 5 dni dojechaliśmy stopem tylko do Bułgarii, ale nie spieszy nam się… Czasem ruszamy w podróż o 7 rano, ale częściej o 15-17, bo chce nam się długo spać i czytać lub po prostu nie chce się wstawać. Ruszyliśmy w podróż tak wcześnie między innymi po to, aby nabrać energii przed wylotem do Chin.

Piszę właśnie z iPada kobiety, która podwiozła dziś mnie i Klaudię na stopa. Zaproponowała nam, że możemy przenocować u niej w mieszkaniu… a jako że ma właśnie wakacje, ale nie ma pomysłu jak je spędzić, to postanowiła nas jutro (już jest po północy, czyli: dziś) podwieźć do Stambułu w Turcji i przy okazji go zwiedzić! Na zdjęciu przedstawiony jest obraz namalowany przez nasza gospodynię.

Plovdiv, Bułgaria

Anonim zapytał(a): Hej! Niedawno byłeś w mojej szkole i słuchając Cię, cały czas myślałam, że mógłbyś kiedyś napisać porządną książkę o tym, co przeżyłeś. W dodatku robisz przepiękne zdjęcia, nie zastanawiałeś się nad możliwością wydania czegoś drukiem? Osobiście chętnie bym coś Twojego autorstwa kupiła, bo nie dość, że masz niesamowite doświadczenia, to jeszcze poczucie humoru i świetny optymizm :) Powodzenia w dalszych podróżach! Asia

Przepraszam za półtoramiesięczne opóźnienie w odpowiedzi, nie wyświetlają mi się powiadomienia, że ktoś do mnie napisał!

Mam zamiar wydać coś drukiem, ale do tego jeszcze długa droga, opcje na razie widzę dwie:
- Pewien człowiek chce mi zasponsorować wydanie tej książki - opłacić koszty wydruku i sprzedawać to przez internet, warunków jeszcze nie dogadaliśmy.
- Jeśli to jednak nie wypali albo postanowię inaczej, mógłbym spróbować pozyskać środki na wydruk książki za pomocą serwisu PolakPotrafi.pl. Ten wariant zapewniłby mi darmową reklamę w internecie, sprzedaż również przebiegałaby internetowo.

Mogę też szukać wydawcy, ale tego nie robię. Co prawda, książka mogłaby tym sposobem trafić do księgarni, ale po pierwsze, będzie kosztować za dużo (characze pobierane przez księgarnie i wydawcę), a po drugie, nie chcę się godzić na żadne kompromisy. Sam zadecyduję, na jakim papierze wydam książkę, zaprojektuję do niej okładkę i ustalę taką cenę, aby zarobić na kolejną podróż. Taki mam plan…

Ale na razie mam tylko nie przeczytany nawet przeze mnie pamiętnik z wyprawy do Iranu. Zabiorę się za pisanie książki po powrocie z Chin.

3 sierpnia 2014
Dzięki trzem tygodniom pracy w Norwegii udało mi się zdobyć wystarczająco pieniędzy na moją ostatnią podróż podczas roku przerwy (tzw. gap year) pomiędzy liceum a studiami. Ponownie stanę się bezdomnym, ale tym razem nie sam… Wczoraj postanowiliśmy, że wyruszamy dzisiaj! Ja z Klaudią będziemy sobie towarzyszami podróży przez dwa miesiące.
Wędrówka będzie się składała z dwóch etapów. Pierwszy z nich potrwa 22 dni - tak długo zajmie nam przejazd z Polski do Paryża - oczywiście, na około. Nie wiemy jednak, jaką trasą tam dojedziemy. Na ten etap przygotowaliśmy tylko jedną zasadę podróży:Żywimy się wegańsko (np. warzywami, owocami, orzeszkami) oraz tym, czym nas poczęstują ludzie.
25 sierpnia rozpocznie się drugi etap - polecimy tanim połączeniem lotniczym ze stolicy Francji do Hongkongu. Stamtąd ruszymy w głąb Chińskiej Republiki Ludowej i poznamy zakazany w tym kraju buddyzm, być może zamieszkamy w jakimś klasztorze albo przynajmniej załapiemy się do pracy na polu ryżowym… I nakręcimy film. Mamy na to tylko 39 dni, bowiem wracamy w pierwszym tygodniu października na studia. Ja właściwie zaczynam, a Klaudia kontynuuje. W tym etapie podróży będziemy przestrzegać innej zasady:Jeśli przez tydzień się nie wykąpiemy, to idziemy do hostelu, aby wziąć prysznic. 
Oczywiście, jazda wyłącznie autostopem i nie planowanie na dłużej, niż parę godzin nie są zasadami. To są dla nas rzeczy naturalne.
Rumia
PS - Aha, i tak rozmawiałem z Klaudią… chyba ją dopuszczę do głosu na Oku Ziemi. To znaczy, jeśli będzie dobrze pisała, to może ustalimy, że blog będzie prowadzony również przez podróżniczkę płci pięknej. Kto wie, kto wie…

3 sierpnia 2014

Dzięki trzem tygodniom pracy w Norwegii udało mi się zdobyć wystarczająco pieniędzy na moją ostatnią podróż podczas roku przerwy (tzw. gap year) pomiędzy liceum a studiami. Ponownie stanę się bezdomnym, ale tym razem nie sam… Wczoraj postanowiliśmy, że wyruszamy dzisiaj! Ja z Klaudią będziemy sobie towarzyszami podróży przez dwa miesiące.

Wędrówka będzie się składała z dwóch etapów. Pierwszy z nich potrwa 22 dni - tak długo zajmie nam przejazd z Polski do Paryża - oczywiście, na około. Nie wiemy jednak, jaką trasą tam dojedziemy. Na ten etap przygotowaliśmy tylko jedną zasadę podróży:
Żywimy się wegańsko (np. warzywami, owocami, orzeszkami) oraz tym, czym nas poczęstują ludzie.

25 sierpnia rozpocznie się drugi etap - polecimy tanim połączeniem lotniczym ze stolicy Francji do Hongkongu. Stamtąd ruszymy w głąb Chińskiej Republiki Ludowej i poznamy zakazany w tym kraju buddyzm, być może zamieszkamy w jakimś klasztorze albo przynajmniej załapiemy się do pracy na polu ryżowym… I nakręcimy film. Mamy na to tylko 39 dni, bowiem wracamy w pierwszym tygodniu października na studia. Ja właściwie zaczynam, a Klaudia kontynuuje. W tym etapie podróży będziemy przestrzegać innej zasady:
Jeśli przez tydzień się nie wykąpiemy, to idziemy do hostelu, aby wziąć prysznic. 

Oczywiście, jazda wyłącznie autostopem i nie planowanie na dłużej, niż parę godzin nie są zasadami. To są dla nas rzeczy naturalne.

Rumia

PS - Aha, i tak rozmawiałem z Klaudią… chyba ją dopuszczę do głosu na Oku Ziemi. To znaczy, jeśli będzie dobrze pisała, to może ustalimy, że blog będzie prowadzony również przez podróżniczkę płci pięknej. Kto wie, kto wie…

20 lipca 2014
Znajomy, którego odwiedziłem w Poznaniu podwozi mnie kawałek za miasto, podjeżdża do samochodu, w którym siedzą dwie panie w średnim wieku (ale tylko fizycznym - każą o sobie mówić “osiemnaście plus plus”) i pyta:
- Dzień dobry, w którą stronę panie jadą?- Do Gniezna, a potem do Koszalina.- A nie zabiorą panie może araba ze sobą? - wskazuje na mnie - W ciągu roku przejechał autostopem pół świata, był w Iranie, Iraku, a teraz jedzie na pomorze.- Jeśli będzie grzeczny…
***
Ruszamy. Cały czas coś sobie opowiadają, wchodzą w sprzeczki, śmieją się.- My nie jesteśmy normalne, nas to obraża, gdy ktoś mówi, że jesteśmy normalne - rzuca po paru minutach jazdy jedna z nich.
Gdy zacząłem im opowiadać o swoich podróżach, pani Kaśka stwierdziła:- Oficjalnie cię przyjmujemy do klubu nienormalnych!
***
Zza Poznania do Koszalina (200-300 km) jechaliśmy przez 10 godzin (5 godzin jazdy, 5 godzin odpoczynków). W końcu, dojechaliśmy do stacji benzynowej przy wylocie z Koszalina i na pożegnanie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia z samowyzwalacza. Teraz członkinie klubu spróbowały złapać mi okazję. Podchodzą do pana, który stanął na parkingu tuż obok nas. Po rejestracji widać, że jedzie w moją stronę.
- Przepraszamy, w którą pan jedzie stronę? - próbują.- W inną - odpowiada oschłym tonem, trzaska drzwiami, zapala silnik i odjeżdża.- Nawet bym nie chciał, żeby mnie podwiózł - zanoszę się śmiechem. Co prawda, mógł mi zaoszczędzić kilka godzin podróży, ale… popsułby mi statystykę, ponieważ w tym dniu nikt normalny mnie nie podwoził!
Poznań ⇨ Rumia

20 lipca 2014

Znajomy, którego odwiedziłem w Poznaniu podwozi mnie kawałek za miasto, podjeżdża do samochodu, w którym siedzą dwie panie w średnim wieku (ale tylko fizycznym - każą o sobie mówić “osiemnaście plus plus”) i pyta:

- Dzień dobry, w którą stronę panie jadą?
- Do Gniezna, a potem do Koszalina.
- A nie zabiorą panie może araba ze sobą? - wskazuje na mnie - W ciągu roku przejechał autostopem pół świata, był w Iranie, Iraku, a teraz jedzie na pomorze.
- Jeśli będzie grzeczny…

***

Ruszamy. Cały czas coś sobie opowiadają, wchodzą w sprzeczki, śmieją się.
- My nie jesteśmy normalne, nas to obraża, gdy ktoś mówi, że jesteśmy normalne - rzuca po paru minutach jazdy jedna z nich.

Gdy zacząłem im opowiadać o swoich podróżach, pani Kaśka stwierdziła:
- Oficjalnie cię przyjmujemy do klubu nienormalnych!

***

Zza Poznania do Koszalina (200-300 km) jechaliśmy przez 10 godzin (5 godzin jazdy, 5 godzin odpoczynków). W końcu, dojechaliśmy do stacji benzynowej przy wylocie z Koszalina i na pożegnanie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia z samowyzwalacza. Teraz członkinie klubu spróbowały złapać mi okazję. Podchodzą do pana, który stanął na parkingu tuż obok nas. Po rejestracji widać, że jedzie w moją stronę.

- Przepraszamy, w którą pan jedzie stronę? - próbują.
- W inną - odpowiada oschłym tonem, trzaska drzwiami, zapala silnik i odjeżdża.
- Nawet bym nie chciał, żeby mnie podwiózł - zanoszę się śmiechem. Co prawda, mógł mi zaoszczędzić kilka godzin podróży, ale… popsułby mi statystykę, ponieważ w tym dniu nikt normalny mnie nie podwoził!

Poznań  Rumia

22 czerwca 2014
Sprzed centrum handlowego w Szwecji zabrała mnie na stopa para 35-latków: Iranka Maneli i Szwed Rikard. Obaj mieszkają i pracują w Norwegii.
- Co porabiacie w Szwecji? - pytam.- Dziś, o drugiej rano obudziło mnie ciągnięcie za stopę - Maneli odwraca się do mnie i odsłania swą piegowatą twarz - to Rikard zatęsknił za swoją ojczyzną i namówił mnie na wycieczkę. Ruszyliśmy od razu.
Mieli w sobie dużo spontaniczności. Mimo zapakowanego po brzegi samochodu, zatrzymali się dla mnie, przerzucili zakupy i wsiadłem, gniotąc ich papier toaletowy dużym plecakiem, a deskorolkę z 25-kilogramowym zapasem żywności umieściłem na swoich kolanach. Zainteresowało mnie też, że nie mają telefonu, Facebooka… Takie rzeczy im nie są potrzebne do szczęścia. Właściwie, potrzeba im już tylko jednego:
- Nie lubimy swoich zawodów. - stwierdza Maneli.- W pracy czas szybko przelatuje - dorzuca Rikard, kierowca.- A nie macie pomysłu jak to zmienić, na przykład rzucić się na głęboką wodę, w nieznane…?- Kiedyś się przeprowadziliśmy do Iranu, ale Rikard nie mógł znaleźć pracy (nie mówił po persku), a za moją pensję nie byliśmy w stanie się utrzymać. Po dziesięciu miesiącach, gdy w Teheranie wybuchły zamieszki, wróciliśmy do Norwegii.
To były ostatnie osoby podwożące mnie na stopa. Specjalnie dla mnie nadrobili część drogi, aby łatwiej mi już było dojechać na farmę, na której następne trzy tygodnie spędziłem zbierając słodkie, czerwone owoce.
- Nie jedz za dużo truskawek - krzyczy Rikard machając na pożegnanie. Tak się zakończyła pierwsza część mojej podróży. Następnego dnia już musiałem wstać o trzeciej rano do pracy na polu…
Szwecja, Norwegia

22 czerwca 2014

Sprzed centrum handlowego w Szwecji zabrała mnie na stopa para 35-latków: Iranka Maneli i Szwed Rikard. Obaj mieszkają i pracują w Norwegii.

- Co porabiacie w Szwecji? - pytam.
- Dziś, o drugiej rano obudziło mnie ciągnięcie za stopę - Maneli odwraca się do mnie i odsłania swą piegowatą twarz - to Rikard zatęsknił za swoją ojczyzną i namówił mnie na wycieczkę. Ruszyliśmy od razu.

Mieli w sobie dużo spontaniczności. Mimo zapakowanego po brzegi samochodu, zatrzymali się dla mnie, przerzucili zakupy i wsiadłem, gniotąc ich papier toaletowy dużym plecakiem, a deskorolkę z 25-kilogramowym zapasem żywności umieściłem na swoich kolanach. Zainteresowało mnie też, że nie mają telefonu, Facebooka… Takie rzeczy im nie są potrzebne do szczęścia. Właściwie, potrzeba im już tylko jednego:

- Nie lubimy swoich zawodów. - stwierdza Maneli.
- W pracy czas szybko przelatuje - dorzuca Rikard, kierowca.
- A nie macie pomysłu jak to zmienić, na przykład rzucić się na głęboką wodę, w nieznane…?
- Kiedyś się przeprowadziliśmy do Iranu, ale Rikard nie mógł znaleźć pracy (nie mówił po persku), a za moją pensję nie byliśmy w stanie się utrzymać. Po dziesięciu miesiącach, gdy w Teheranie wybuchły zamieszki, wróciliśmy do Norwegii.

To były ostatnie osoby podwożące mnie na stopa. Specjalnie dla mnie nadrobili część drogi, aby łatwiej mi już było dojechać na farmę, na której następne trzy tygodnie spędziłem zbierając słodkie, czerwone owoce.

- Nie jedz za dużo truskawek - krzyczy Rikard machając na pożegnanie. Tak się zakończyła pierwsza część mojej podróży. Następnego dnia już musiałem wstać o trzeciej rano do pracy na polu…

Szwecja, Norwegia

22 czerwca 2014
Macham kciukiem przy wjeździe na autostradę w Szwecji. Zatrzymuje się starszy pan z założonymi trzema parami okularów, zaprasza mnie do samochodu. W drodze nawiązujemy rozmowę i szybko się okazuje, że też był w młodości autostopowiczem. Zwiedzał w ten sposób Europę, i to bez namiotu! Gdzie spał? Na przykład nie wysiadając przez całą noc z londyńskiego metra, “pijąc” przez całą noc piwo w klubie, a zdarzało się i w tanich hostelach czy pod drzewem.
- Jaki był pana najszczęśliwszy moment podczas podróży? - pytam.- To miało miejsce w Göteborgu (Szwecja), na dworcu. - opowiada pan Ronni, prowadząc samochód - Myłem właśnie zęby w toalecie publicznej, gdy podeszło do mnie dwóch mężczyzn wyglądających na kryminalistów… To na pewno byli kryminaliści! - potęguje napięcie - “Dawaj papierosy!”, rozkazał jeden z nich. Odpowiadam, że został mi tylko ostatni i oddałem im go, na co drugi z nich rozkazał: “Teraz idziesz z nami”.Założyłem swój plecak i dałem im się zaprowadzić do budki z przekąskami. Tam zamówili trzy kawy i polecili sprzedawczyni: “Daj chłopakowi kanapkę”. Następnie postawili na stoliku kawy, a do kubków porozlewali wódkę. “Skoro oddałeś nam swojego ostatniego papierosa, to my się tobie odwdzięczymy…”, usłyszałem, “…bo jesteś dobrym człowiekiem”. Wypiłem z nimi mocnego drinka, a na drogę dali mi jeszcze dwadzieścia koron (ok. 50 dzisiejszych złotych). Piliśmy alkohol o ósmej rano… Drink mnie trochę wciął, jednak jadąc tramwajem na wylot z Göteborga zdążyłem wytrzeźwieć i dalej już jechałem stopem. Wtedy czułem się bardzo szczęśliwy”.
Szwecja

22 czerwca 2014

Macham kciukiem przy wjeździe na autostradę w Szwecji. Zatrzymuje się starszy pan z założonymi trzema parami okularów, zaprasza mnie do samochodu. W drodze nawiązujemy rozmowę i szybko się okazuje, że też był w młodości autostopowiczem. Zwiedzał w ten sposób Europę, i to bez namiotu! Gdzie spał? Na przykład nie wysiadając przez całą noc z londyńskiego metra, “pijąc” przez całą noc piwo w klubie, a zdarzało się i w tanich hostelach czy pod drzewem.

- Jaki był pana najszczęśliwszy moment podczas podróży? - pytam.
- To miało miejsce w Göteborgu (Szwecja), na dworcu. - opowiada pan Ronni, prowadząc samochód - Myłem właśnie zęby w toalecie publicznej, gdy podeszło do mnie dwóch mężczyzn wyglądających na kryminalistów… To na pewno byli kryminaliści! - potęguje napięcie - “Dawaj papierosy!”, rozkazał jeden z nich. Odpowiadam, że został mi tylko ostatni i oddałem im go, na co drugi z nich rozkazał: “Teraz idziesz z nami”.
Założyłem swój plecak i dałem im się zaprowadzić do budki z przekąskami. Tam zamówili trzy kawy i polecili sprzedawczyni: “Daj chłopakowi kanapkę”. Następnie postawili na stoliku kawy, a do kubków porozlewali wódkę. “Skoro oddałeś nam swojego ostatniego papierosa, to my się tobie odwdzięczymy…”, usłyszałem, “…bo jesteś dobrym człowiekiem”.
Wypiłem z nimi mocnego drinka, a na drogę dali mi jeszcze dwadzieścia koron (ok. 50 dzisiejszych złotych). Piliśmy alkohol o ósmej rano… Drink mnie trochę wciął, jednak jadąc tramwajem na wylot z Göteborga zdążyłem wytrzeźwieć i dalej już jechałem stopem. Wtedy czułem się bardzo szczęśliwy”.

Szwecja

Prezentacji w takiej formie jeszcze nie robiłem!
Kiedy? pojutrze, 24 lipca o godz. 19:00Gdzie? Kawiarnia podróżnicza Południk 18 (Gdańsk Śródmieście, ul. Garncarska 7-9)O czym opowiem? O najciekawszych momentach w ciągu mojego roku przerwy od nauki (gap year), podczas którego zwiedziłem autostopem 26 państw, w większości samotnie. Będzie okazja dowiedzieć się, dokąd planuję następną podróż, i z kim!Więcej informacji: Wydarzenie na Facebooku: http://goo.gl/S1D1DYStrona kawiarni: http://goo.gl/GXu1Sg
Wstęp wolny, ale zachęcam do kupienia przynajmniej herbatki na miejscu!

Prezentacji w takiej formie jeszcze nie robiłem!

Kiedy? pojutrze, 24 lipca o godz. 19:00
Gdzie? Kawiarnia 
podróżnicza Południk 18 (Gdańsk Śródmieście, ul. Garncarska 7-9)
O czym opowiem? O najciekawszych momentach w ciągu mojego roku przerwy od nauki 
(gap year), podczas którego zwiedziłem autostopem 26 państw, w większości samotnie. Będzie okazja dowiedzieć się, dokąd planuję następną podróż, i z kim!
Więcej informacji: Wydarzenie na Facebooku: 
http://goo.gl/S1D1DY
Strona kawiarni: http://goo.gl/GXu1Sg

Wstęp wolny, ale zachęcam do kupienia przynajmniej herbatki na miejscu!

21 czerwca 2014
"Gram na bębnach w bluesowym zespole Dr Blues & Soul Re Vision. A wiesz co to jest? (wyjmuje coś wyglądającego na składane krzesło) To bęben do ćwiczeń. Gdy jeżdżę do córki do Danii, zabieram go ze sobą i uderzam pałeczkami, aby nie wyjść z wprawy."
Na Polaków za granicą zawsze mogę liczyć. Pan Tomek był siódmą osobą, która mnie podwoziła poza terenem Polski: dwóch Niemców, żaden Duńczyk i aż pięciu Polaków! 
Dania

21 czerwca 2014

"Gram na bębnach w bluesowym zespole Dr Blues & Soul Re Vision. A wiesz co to jest? (wyjmuje coś wyglądającego na składane krzesło) To bęben do ćwiczeń. Gdy jeżdżę do córki do Danii, zabieram go ze sobą i uderzam pałeczkami, aby nie wyjść z wprawy."

Na Polaków za granicą zawsze mogę liczyć. Pan Tomek był siódmą osobą, która mnie podwoziła poza terenem Polski: dwóch Niemców, żaden Duńczyk i aż pięciu Polaków! 

Dania

20 czerwca 2014
Macham kciukiem na przy wjeździe na autostradę w połowie drogi z Berlina do Hamburga. Zatrzymuje się przy mnie auto na niemieckich tablicach rejestracyjnych, uchyla się okno.
- Entschuldigung, fahren Sie nach Hamburg? - pytam siedzącą za kierownicą kobietę, czy jedzie do Hamburga, ale nie rozumiem jej odpowiedzi. Próbuję wydukać coś więcej po niemiecku aż w końcu ta rzuca:- Polak?- No, tak.- Wsiadaj! - zaprasza rodaczka pracująca w Niemczech - ale po drodze będziemy musieli zatrzymać się w jakimś kiblu, bo mnie ciśnie.
Normalna rzecz… upycham w bagażniku pięćdziesiąt kilo swojego bagażu, wsiadam i odjeżdżamy. W rozmowie typu “czym się zajmujesz” Agnieszka (od razu przeszliśmy na “ty”) stwierdziła, że jest psychoterapeutką zajmującą się między innymi neurolingwistycznym programowaniem. Chyba ją wcześniej oceniłem na podstawie wyglądu, bo jej odpowiedź wzbudziła we mnie niedowierzanie… Postanowiłem pociągnąć ten temat.
Agnieszka wytłumaczyła, że neurolingwistyczne programowanie jest metodą pozwalającą na zmianę nastawienia. Przykładowo, jeśli stresujesz się przed wystąpieniem publicznym, wybiegnij myślami do momentu, gdy już jest po wszystkim i stoisz przed widownią. Jak reagują? Klaszczą, podobało im się? To teraz skup się na tym przyjemnym uczuciu, które czeka cię w przyszłości, a przestaniesz się stresować.
- Mogę ci za darmo zrobić terapię, za którą od klienta biorę ponad sto (nie pamiętam dokładnie ile) euro. - proponuje Agnieszka.- Dobra.- Pomyśl, czy jest coś, co chciałbyś w sobie zmienić albo czy masz w sobie jakiś lęk. - powiedziawszy to, podgłośniła lecące z płyty polskie reggae i zaczęła poruszać głową do rytmu, odrywając często ręce od kierownicy… To taki sposób tańca podczas jazdy.
Niestety, nie wiedziałem, co odpowiedzieć na jej pytanie. Terapeutka zaczęła więc w inny sposób:- Na ile procent siebie kochasz?- Nie wiem… 94%.- Ile masz w sobie wiary?- Są różne rodzaje wiary: w siebie, w życie pozagro…- Stop - przerywa - ile masz wiary?- …bowe… 80%- Jak bardzo jesteś pewny siebie?- Też w procentach? Hmm, yyy, 75%.
Zadawała precyzyjne pytania, a ja za każdym razem próbowałem odpowiadać w niejednoznaczny sposób. - Stop! - przerywała Agnieszka… I powtarzała zadane pytanie, dodając - co pomyślałeś na początku? - albo - Co podpowiada ci serce?
Pierwszy postęp w naszej rozmowie nastąpił, gdy Agnieszka celnie zadawanymi pytaniami na temat domu i stabilności zapędziła mnie w kozi róg i sam z siebie przyznałem, że nawet będąc bezdomnym człowiekiem mógłbym pozostać stabilnym emocjonalnie, a dom nie jest miejscem, tylko stanem umysłu.
***
Agnieszka oświadczyła, że pierdnęła. Więcej, zażartowała, że zgotowała mi Auschwitz. Zaśmiałem się do siebie: jakie niemądre jest ocenianie człowieka po pozorach. Oto siedziała obok mnie psychoterapeutka, kanał, szamanka i neurolingwistka w kolorowych trampkach i podartych jeansach.- Kim jesteś? - pytam Agnieszki.- Czy muszę być kimś? - odpowiada - Jestem tu.
Kontynuowaliśmy naszą terapię. Na skutek kolejnych celnie zadawanych przez Agnieszkę pytań doszedłem do kolejnego wniosku:- Każda moja porażka niesie ze sobą jakąś lekcję, nic nie dzieje się bez celu. Widocznie czasem sprawy przybierają pozornie niekorzystny obrót, aby uświadomić nam, że podążamy w złym kierunku i powinniśmy zawrócić, aby móc iść dalej właściwą drogą.
***
Słowa, słowa, słowa. Rozmawialiśmy właśnie o symbolach i numerologii.- Idą ciemne chmury - mówię - może to znak?- Znak? Nie sądzę. A co oznaczają? - dopytuje się Agnieszka.- Że… - zastanawiam się - Będzie padać i…- Stop! - próbuje przerwać ten nonsens terapeutka.- …i zasnę pod drzewem, żeby nie zmoknąć.
Otwarta dłoń kierowcy opadła z całym impetem na moją głowę, podniosła się i znowu ciężko opadła, jakby jej dłoń była młotkiem, a ja gwoździem, którego kilkunastoma uderzeniami wbijała w fotel.- Mam nadzieję, że bolało?- No, troszkę - odpowiadam, masując sobie głowę.- Skoro troszkę, to zaraz ci mocniej przypierdolę. - krzyczy zza kierownicy - W miejscu, w którym cię wysadzę już czeka na ciebie kolejna osoba, która cię podwiezie. Miej więcej wiary!
***
Agnieszka podwiozła mnie na drogę nr 7 objeżdżającą Hamburg, mimo że nie wybierała się w tym kierunku. Wyświadczyła mi przysługę - dzięki niej nie zagubiłem się w pajęczynie skrzyżowań autostrad i miałem już prostą drogę do Danii.- Ile kilometrów dla mnie poświęciłaś? - dopytuję.- Bezcenny czas - odpowiada - łapiesz?- Nie, będę to musiał rozkminić później - wyznałem, a moja przewoźniczka stwierdziła, że już przestała gazować po zjedzonym za szybko melonie.
Na pożegnanie zrobiliśmy sobie krótką sesję zdjęciową z samowyzwalacza. Agnieszka wręczyła mi na drogę wodę, powtarzając:- Nasze spotkanie nie było przypadkowe.
Moja przewoźniczka nie przekonała mnie do żadnej idei, tylko zadawała właściwe pytania, a ja sam wysuwałem wnioski. Bardzo mnie zainspirowała. Od razu po jej odjeździe z parkingu rozłożyłem karimatę i usiadłem na trawie, oparty o głaz. Gdy tak od około godziny spisywałem przygodę, podszedł do mnie rumuński kierowca tira, który dostrzegł mnie ze swojego pojazdu.
- Hello - mówi i wręcza mi wyjmowane z reklamówki dwie puszki piwa, czekoladę, konserwę i dwie bułki… Ot tak, bezinteresownie. I odchodzi.
"Człowiek dobry i otwarty działa jak magnes i przyciąga podobnych sobie" - mówiła Agnieszka. Kilkanaście minut później Rumun wraca, niosąc dwa jabłka, oba mi daje. Potrenował ze mną swój kulejący angielski, a ja pochwaliłem się znajomością kilku rumuńskich słów, wspomniałem piękne rumuńskie góry, które odwiedziłem na początku mojej 3-miesięcznej włóczęgi autostopem i zapewniłem na migi, że na pewno napiszę o nim w swoim pamiętniku. A w nim swoje wrażenia spisywałem przez dwie i pół godziny…
***
Jechałem właśnie autostopem do pracy w Norwegii. Rodzina namawiała, abym poleciał samolotem za jedyne 40 zł i oszczędził sobie podróży na stopa. Na szczęście, nie wszystko ma swoją cenę. Ja odbyłem właśnie rozmowę, za którą, będąc typowym klientem, zapłaciłbym kilkaset złotych. My jednak handlowaliśmy bezcennymi czasem i doświadczeniami.
Niemcy

20 czerwca 2014

Macham kciukiem na przy wjeździe na autostradę w połowie drogi z Berlina do Hamburga. Zatrzymuje się przy mnie auto na niemieckich tablicach rejestracyjnych, uchyla się okno.

- Entschuldigung, fahren Sie nach Hamburg? - pytam siedzącą za kierownicą kobietę, czy jedzie do Hamburga, ale nie rozumiem jej odpowiedzi. Próbuję wydukać coś więcej po niemiecku aż w końcu ta rzuca:
- Polak?
- No, tak.
- Wsiadaj! - zaprasza rodaczka pracująca w Niemczech - ale po drodze będziemy musieli zatrzymać się w jakimś kiblu, bo mnie ciśnie.

Normalna rzecz… upycham w bagażniku pięćdziesiąt kilo swojego bagażu, wsiadam i odjeżdżamy. W rozmowie typu “czym się zajmujesz” Agnieszka (od razu przeszliśmy na “ty”) stwierdziła, że jest psychoterapeutką zajmującą się między innymi neurolingwistycznym programowaniem. Chyba ją wcześniej oceniłem na podstawie wyglądu, bo jej odpowiedź wzbudziła we mnie niedowierzanie… Postanowiłem pociągnąć ten temat.

Agnieszka wytłumaczyła, że neurolingwistyczne programowanie jest metodą pozwalającą na zmianę nastawienia. Przykładowo, jeśli stresujesz się przed wystąpieniem publicznym, wybiegnij myślami do momentu, gdy już jest po wszystkim i stoisz przed widownią. Jak reagują? Klaszczą, podobało im się? To teraz skup się na tym przyjemnym uczuciu, które czeka cię w przyszłości, a przestaniesz się stresować.

- Mogę ci za darmo zrobić terapię, za którą od klienta biorę ponad sto (nie pamiętam dokładnie ile) euro. - proponuje Agnieszka.
- Dobra.
- Pomyśl, czy jest coś, co chciałbyś w sobie zmienić albo czy masz w sobie jakiś lęk. - powiedziawszy to, podgłośniła lecące z płyty polskie reggae i zaczęła poruszać głową do rytmu, odrywając często ręce od kierownicy… To taki sposób tańca podczas jazdy.

Niestety, nie wiedziałem, co odpowiedzieć na jej pytanie. Terapeutka zaczęła więc w inny sposób:
- Na ile procent siebie kochasz?
- Nie wiem… 94%.
- Ile masz w sobie wiary?
- Są różne rodzaje wiary: w siebie, w życie pozagro…
- Stop - przerywa - ile masz wiary?
- …bowe… 80%
- Jak bardzo jesteś pewny siebie?
- Też w procentach? Hmm, yyy, 75%.

Zadawała precyzyjne pytania, a ja za każdym razem próbowałem odpowiadać w niejednoznaczny sposób. 
- Stop! - przerywała Agnieszka… I powtarzała zadane pytanie, dodając - co pomyślałeś na początku? - albo - Co podpowiada ci serce?

Pierwszy postęp w naszej rozmowie nastąpił, gdy Agnieszka celnie zadawanymi pytaniami na temat domu i stabilności zapędziła mnie w kozi róg i sam z siebie przyznałem, że nawet będąc bezdomnym człowiekiem mógłbym pozostać stabilnym emocjonalnie, a dom nie jest miejscem, tylko stanem umysłu.

***

Agnieszka oświadczyła, że pierdnęła. Więcej, zażartowała, że zgotowała mi Auschwitz. Zaśmiałem się do siebie: jakie niemądre jest ocenianie człowieka po pozorach. Oto siedziała obok mnie psychoterapeutka, kanał, szamanka i neurolingwistka w kolorowych trampkach i podartych jeansach.
- Kim jesteś? - pytam Agnieszki.
- Czy muszę być kimś? - odpowiada - Jestem tu.

Kontynuowaliśmy naszą terapię. Na skutek kolejnych celnie zadawanych przez Agnieszkę pytań doszedłem do kolejnego wniosku:
- Każda moja porażka niesie ze sobą jakąś lekcję, nic nie dzieje się bez celu. Widocznie czasem sprawy przybierają pozornie niekorzystny obrót, aby uświadomić nam, że podążamy w złym kierunku i powinniśmy zawrócić, aby móc iść dalej właściwą drogą.

***

Słowa, słowa, słowa. Rozmawialiśmy właśnie o symbolach i numerologii.
- Idą ciemne chmury - mówię - może to znak?
- Znak? Nie sądzę. A co oznaczają? - dopytuje się Agnieszka.
- Że… - zastanawiam się - Będzie padać i…
- Stop! - próbuje przerwać ten nonsens terapeutka.
- …i zasnę pod drzewem, żeby nie zmoknąć.

Otwarta dłoń kierowcy opadła z całym impetem na moją głowę, podniosła się i znowu ciężko opadła, jakby jej dłoń była młotkiem, a ja gwoździem, którego kilkunastoma uderzeniami wbijała w fotel.
- Mam nadzieję, że bolało?
- No, troszkę - odpowiadam, masując sobie głowę.
- Skoro troszkę, to zaraz ci mocniej przypierdolę. - krzyczy zza kierownicy - W miejscu, w którym cię wysadzę już czeka na ciebie kolejna osoba, która cię podwiezie. Miej więcej wiary!

***

Agnieszka podwiozła mnie na drogę nr 7 objeżdżającą Hamburg, mimo że nie wybierała się w tym kierunku. Wyświadczyła mi przysługę - dzięki niej nie zagubiłem się w pajęczynie skrzyżowań autostrad i miałem już prostą drogę do Danii.
- Ile kilometrów dla mnie poświęciłaś? - dopytuję.
- Bezcenny czas - odpowiada - łapiesz?
- Nie, będę to musiał rozkminić później - wyznałem, a moja przewoźniczka stwierdziła, że już przestała gazować po zjedzonym za szybko melonie.

Na pożegnanie zrobiliśmy sobie krótką sesję zdjęciową z samowyzwalacza. Agnieszka wręczyła mi na drogę wodę, powtarzając:
- Nasze spotkanie nie było przypadkowe.

Moja przewoźniczka nie przekonała mnie do żadnej idei, tylko zadawała właściwe pytania, a ja sam wysuwałem wnioski. Bardzo mnie zainspirowała. Od razu po jej odjeździe z parkingu rozłożyłem karimatę i usiadłem na trawie, oparty o głaz. Gdy tak od około godziny spisywałem przygodę, podszedł do mnie rumuński kierowca tira, który dostrzegł mnie ze swojego pojazdu.

- Hello - mówi i wręcza mi wyjmowane z reklamówki dwie puszki piwa, czekoladę, konserwę i dwie bułki… Ot tak, bezinteresownie. I odchodzi.

"Człowiek dobry i otwarty działa jak magnes i przyciąga podobnych sobie" - mówiła Agnieszka. Kilkanaście minut później Rumun wraca, niosąc dwa jabłka, oba mi daje. Potrenował ze mną swój kulejący angielski, a ja pochwaliłem się znajomością kilku rumuńskich słów, wspomniałem piękne rumuńskie góry, które odwiedziłem na początku mojej 3-miesięcznej włóczęgi autostopem i zapewniłem na migi, że na pewno napiszę o nim w swoim pamiętniku. A w nim swoje wrażenia spisywałem przez dwie i pół godziny…

***

Jechałem właśnie autostopem do pracy w Norwegii. Rodzina namawiała, abym poleciał samolotem za jedyne 40 zł i oszczędził sobie podróży na stopa. Na szczęście, nie wszystko ma swoją cenę. Ja odbyłem właśnie rozmowę, za którą, będąc typowym klientem, zapłaciłbym kilkaset złotych. My jednak handlowaliśmy bezcennymi czasem i doświadczeniami.

Niemcy

Wróciłem stopem z pracy w Norwegii, więc już mogę zacząć pisać o swoich przygodach i ludziach, których spotkałem podczas podróży i pracy - Wietnamczykach, Szwedach, Polakach i Irance. Zaraz, byłem przecież w Norwegii, to powinno być też o Norwegach…? Niestety, tak się złożyło, że tych tam za wielu nie spotkałem.
Jeśli jednak nie będzie codziennie jednego wpisu, to wybaczcie mi… Jak zwykle, jestem trochę zakręcony (co widać na obrazku) i mam sporo spraw na głowie (mam nadzieję, że to też jest widoczne).
Rumia

Wróciłem stopem z pracy w Norwegii, więc już mogę zacząć pisać o swoich przygodach i ludziach, których spotkałem podczas podróży i pracy - Wietnamczykach, Szwedach, Polakach i Irance. Zaraz, byłem przecież w Norwegii, to powinno być też o Norwegach…? Niestety, tak się złożyło, że tych tam za wielu nie spotkałem.

Jeśli jednak nie będzie codziennie jednego wpisu, to wybaczcie mi… Jak zwykle, jestem trochę zakręcony (co widać na obrazku) i mam sporo spraw na głowie (mam nadzieję, że to też jest widoczne).

Rumia

Od trzech dni jadę autostopem do pracy w Norwegii. Przed wyruszeniem w trasę nie przejmowałem się, że zabieram ze sobą trochę nieporęczny, 50-kilogramowy bagaż (kupiłem w Polsce 25 kg prowiantu, bo w Skandynawii jest drogo), ale już po kilku godzinach dźwigania toreb wiedziałem, czego mi potrzeba: deskorolki, trochę linki do przywiązania bagażu oraz paska. Od tej pory 25 kg mam na plecach, a drugie tyle… ciągnę na kółkach. 

Podczas podróży podwozili mnie m.in. psychoterapeutka (Niemcy) i muzyk (Dania), o których napiszę, gdy uzyskam dostęp do komputera. Na razie jednak ja i mój smartfon pozdrawiamy sprzed McDonalda, czyli jedynego miejsca z darmowym internetem w okolicy.

Szwecja

Od trzech dni jadę autostopem do pracy w Norwegii. Przed wyruszeniem w trasę nie przejmowałem się, że zabieram ze sobą trochę nieporęczny, 50-kilogramowy bagaż (kupiłem w Polsce 25 kg prowiantu, bo w Skandynawii jest drogo), ale już po kilku godzinach dźwigania toreb wiedziałem, czego mi potrzeba: deskorolki, trochę linki do przywiązania bagażu oraz paska. Od tej pory 25 kg mam na plecach, a drugie tyle… ciągnę na kółkach.

Podczas podróży podwozili mnie m.in. psychoterapeutka (Niemcy) i muzyk (Dania), o których napiszę, gdy uzyskam dostęp do komputera. Na razie jednak ja i mój smartfon pozdrawiamy sprzed McDonalda, czyli jedynego miejsca z darmowym internetem w okolicy.

Szwecja

Anonim zapytał(a): Hej! Trafiłam tutaj dosłownie przed chwilą, i co widzę?! Startowałeś na scenariopisarstwo, tak jak ja! Jeśli byłeś w zeszłym roku na egzaminach, to może się minęliśmy. A jak tam nastrój po tegorocznych wynikach? Btw, świetne zdjęcia, no i zazdroszczę odwagi, naprawdę :) Pozdrawiam, Justyna

Cześć,
moja przyszłość wciąż stoi pod znakiem zapytania, bo komisja ze Szkoły Filmowej odrzuciła moją teczkę na samym wstępie. Uważam jednak, że taki obrót spraw też jest dobry. Lubię nie mieć zaplanowanej przyszłości na kilka lat do przodu - po prostu robić swoje z nadzieją, że z porażki wypłyną same korzyści. Dzięki temu, że w zeszłym roku nie dostałem się na sztukę operatorską, przejechałem na stopa ponad 30000 km i przeżyłem sporo przygód. W tym roku nie dostałem się na scenariopisarstwo, ale postaram się w jak najlepszy sposób wypromować ideę podróżowania bez doświadczenia, planowania i za małe pieniądze… Nie chcę na razie mówić za wiele na ten temat.

Chciałem się tam dostać, ale teraz pozostaje mi tylko patrzeć na zalety nie dostania się. :)

Pozdrawiam,
Michał

Tu byliśmy,Kolor nieba widzieliśmy.
7 maja 2014, Czechy

Tu byliśmy,
Kolor nieba widzieliśmy.

7 maja 2014, Czechy

bookslikedrugs zapytał(a): Jestes jednym z najzabawniejszych i najodważniejszych ludzi jakich miałam przyjemność poznac. Byles u mnie w szkole i po 2 godzinach spędzonych na wysluchiwaniu histori twojej podróży, stałes sie w pewnym sensie moim mentorem. Chciałabym przeżyć to co ty. Dziekuje ci za to bo teraz mam jakies marzenie :** Marta

Cześć,
ale świetnie! :) Po wakacjach będę musiał ruszyć z koksem i kontynuować robienie prezentacji w szkołach, bo daje mi to dużo pozytywnej energii.

Polecam wybrać się na Kolosy (największa impreza podróżnicza w Polsce). Odbywają się co roku na początku marca w Gdyni, a opowieści jeszcze bardziej szalone niż moje (w tym roku nawet nie dostałem się na Kolosy) są od rana do wieczora przez 3 dni! Możesz się tam wybrać i dopracować swoje marzenie - dokąd chciałabyś kiedyś pojechać, jak się przygotować, itd…

Pozdrówki,
Michał