22 czerwca 2014
Sprzed centrum handlowego w Szwecji zabrała mnie na stopa para 35-latków: Iranka Maneli i Szwed Rikard. Obaj mieszkają i pracują w Norwegii.
- Co porabiacie w Szwecji? - pytam.- Dziś, o drugiej rano obudziło mnie ciągnięcie za stopę - Maneli odwraca się do mnie i odsłania swą piegowatą twarz - to Rikard zatęsknił za swoją ojczyzną i namówił mnie na wycieczkę. Ruszyliśmy od razu.
Mieli w sobie dużo spontaniczności. Mimo zapakowanego po brzegi samochodu, zatrzymali się dla mnie, przerzucili zakupy i wsiadłem, gniotąc ich papier toaletowy dużym plecakiem, a deskorolkę z 25-kilogramowym zapasem żywności umieściłem na swoich kolanach. Zainteresowało mnie też, że nie mają telefonu, Facebooka… Takie rzeczy im nie są potrzebne do szczęścia. Właściwie, potrzeba im już tylko jednego:
- Nie lubimy swoich zawodów. - stwierdza Maneli.- W pracy czas szybko przelatuje - dorzuca Rikard, kierowca.- A nie macie pomysłu jak to zmienić, na przykład rzucić się na głęboką wodę, w nieznane…?- Kiedyś się przeprowadziliśmy do Iranu, ale Rikard nie mógł znaleźć pracy (nie mówił po persku), a za moją pensję nie byliśmy w stanie się utrzymać. Po dziesięciu miesiącach, gdy w Teheranie wybuchły zamieszki, wróciliśmy do Norwegii.
To były ostatnie osoby podwożące mnie na stopa. Specjalnie dla mnie nadrobili część drogi, aby łatwiej mi już było dojechać na farmę, na której następne trzy tygodnie spędziłem zbierając słodkie, czerwone owoce.
- Nie jedz za dużo truskawek - krzyczy Rikard machając na pożegnanie. Tak się zakończyła pierwsza część mojej podróży. Następnego dnia już musiałem wstać o trzeciej rano do pracy na polu…
Szwecja, Norwegia

22 czerwca 2014

Sprzed centrum handlowego w Szwecji zabrała mnie na stopa para 35-latków: Iranka Maneli i Szwed Rikard. Obaj mieszkają i pracują w Norwegii.

- Co porabiacie w Szwecji? - pytam.
- Dziś, o drugiej rano obudziło mnie ciągnięcie za stopę - Maneli odwraca się do mnie i odsłania swą piegowatą twarz - to Rikard zatęsknił za swoją ojczyzną i namówił mnie na wycieczkę. Ruszyliśmy od razu.

Mieli w sobie dużo spontaniczności. Mimo zapakowanego po brzegi samochodu, zatrzymali się dla mnie, przerzucili zakupy i wsiadłem, gniotąc ich papier toaletowy dużym plecakiem, a deskorolkę z 25-kilogramowym zapasem żywności umieściłem na swoich kolanach. Zainteresowało mnie też, że nie mają telefonu, Facebooka… Takie rzeczy im nie są potrzebne do szczęścia. Właściwie, potrzeba im już tylko jednego:

- Nie lubimy swoich zawodów. - stwierdza Maneli.
- W pracy czas szybko przelatuje - dorzuca Rikard, kierowca.
- A nie macie pomysłu jak to zmienić, na przykład rzucić się na głęboką wodę, w nieznane…?
- Kiedyś się przeprowadziliśmy do Iranu, ale Rikard nie mógł znaleźć pracy (nie mówił po persku), a za moją pensję nie byliśmy w stanie się utrzymać. Po dziesięciu miesiącach, gdy w Teheranie wybuchły zamieszki, wróciliśmy do Norwegii.

To były ostatnie osoby podwożące mnie na stopa. Specjalnie dla mnie nadrobili część drogi, aby łatwiej mi już było dojechać na farmę, na której następne trzy tygodnie spędziłem zbierając słodkie, czerwone owoce.

- Nie jedz za dużo truskawek - krzyczy Rikard machając na pożegnanie. Tak się zakończyła pierwsza część mojej podróży. Następnego dnia już musiałem wstać o trzeciej rano do pracy na polu…

Szwecja, Norwegia

22 czerwca 2014
Macham kciukiem przy wjeździe na autostradę w Szwecji. Zatrzymuje się starszy pan z założonymi trzema parami okularów, zaprasza mnie do samochodu. W drodze nawiązujemy rozmowę i szybko się okazuje, że też był w młodości autostopowiczem. Zwiedzał w ten sposób Europę, i to bez namiotu! Gdzie spał? Na przykład nie wysiadając przez całą noc z londyńskiego metra, “pijąc” przez całą noc piwo w klubie, a zdarzało się i w tanich hostelach czy pod drzewem.
- Jaki był pana najszczęśliwszy moment podczas podróży? - pytam.- To miało miejsce w Göteborgu (Szwecja), na dworcu. - opowiada pan Ronni, prowadząc samochód - Myłem właśnie zęby w toalecie publicznej, gdy podeszło do mnie dwóch mężczyzn wyglądających na kryminalistów… To na pewno byli kryminaliści! - potęguje napięcie - “Dawaj papierosy!”, rozkazał jeden z nich. Odpowiadam, że został mi tylko ostatni i oddałem im go, na co drugi z nich rozkazał: “Teraz idziesz z nami”.Założyłem swój plecak i dałem im się zaprowadzić do budki z przekąskami. Tam zamówili trzy kawy i polecili sprzedawczyni: “Daj chłopakowi kanapkę”. Następnie postawili na stoliku kawy, a do kubków porozlewali wódkę. “Skoro oddałeś nam swojego ostatniego papierosa, to my się tobie odwdzięczymy…”, usłyszałem, “…bo jesteś dobrym człowiekiem”. Wypiłem z nimi mocnego drinka, a na drogę dali mi jeszcze dwadzieścia koron (ok. 50 dzisiejszych złotych). Piliśmy alkohol o ósmej rano… Drink mnie trochę wciął, jednak jadąc tramwajem na wylot z Göteborga zdążyłem wytrzeźwieć i dalej już jechałem stopem. Wtedy czułem się bardzo szczęśliwy”.
Szwecja

22 czerwca 2014

Macham kciukiem przy wjeździe na autostradę w Szwecji. Zatrzymuje się starszy pan z założonymi trzema parami okularów, zaprasza mnie do samochodu. W drodze nawiązujemy rozmowę i szybko się okazuje, że też był w młodości autostopowiczem. Zwiedzał w ten sposób Europę, i to bez namiotu! Gdzie spał? Na przykład nie wysiadając przez całą noc z londyńskiego metra, “pijąc” przez całą noc piwo w klubie, a zdarzało się i w tanich hostelach czy pod drzewem.

- Jaki był pana najszczęśliwszy moment podczas podróży? - pytam.
- To miało miejsce w Göteborgu (Szwecja), na dworcu. - opowiada pan Ronni, prowadząc samochód - Myłem właśnie zęby w toalecie publicznej, gdy podeszło do mnie dwóch mężczyzn wyglądających na kryminalistów… To na pewno byli kryminaliści! - potęguje napięcie - “Dawaj papierosy!”, rozkazał jeden z nich. Odpowiadam, że został mi tylko ostatni i oddałem im go, na co drugi z nich rozkazał: “Teraz idziesz z nami”.
Założyłem swój plecak i dałem im się zaprowadzić do budki z przekąskami. Tam zamówili trzy kawy i polecili sprzedawczyni: “Daj chłopakowi kanapkę”. Następnie postawili na stoliku kawy, a do kubków porozlewali wódkę. “Skoro oddałeś nam swojego ostatniego papierosa, to my się tobie odwdzięczymy…”, usłyszałem, “…bo jesteś dobrym człowiekiem”.
Wypiłem z nimi mocnego drinka, a na drogę dali mi jeszcze dwadzieścia koron (ok. 50 dzisiejszych złotych). Piliśmy alkohol o ósmej rano… Drink mnie trochę wciął, jednak jadąc tramwajem na wylot z Göteborga zdążyłem wytrzeźwieć i dalej już jechałem stopem. Wtedy czułem się bardzo szczęśliwy”.

Szwecja

Prezentacji w takiej formie jeszcze nie robiłem!
Kiedy? pojutrze, 24 lipca o godz. 19:00Gdzie? Kawiarnia podróżnicza Południk 18 (Gdańsk Śródmieście, ul. Garncarska 7-9)O czym opowiem? O najciekawszych momentach w ciągu mojego roku przerwy od nauki (gap year), podczas którego zwiedziłem autostopem 26 państw, w większości samotnie. Będzie okazja dowiedzieć się, dokąd planuję następną podróż, i z kim!Więcej informacji: Wydarzenie na Facebooku: http://goo.gl/S1D1DYStrona kawiarni: http://goo.gl/GXu1Sg
Wstęp wolny, ale zachęcam do kupienia przynajmniej herbatki na miejscu!

Prezentacji w takiej formie jeszcze nie robiłem!

Kiedy? pojutrze, 24 lipca o godz. 19:00
Gdzie? Kawiarnia 
podróżnicza Południk 18 (Gdańsk Śródmieście, ul. Garncarska 7-9)
O czym opowiem? O najciekawszych momentach w ciągu mojego roku przerwy od nauki 
(gap year), podczas którego zwiedziłem autostopem 26 państw, w większości samotnie. Będzie okazja dowiedzieć się, dokąd planuję następną podróż, i z kim!
Więcej informacji: Wydarzenie na Facebooku: 
http://goo.gl/S1D1DY
Strona kawiarni: http://goo.gl/GXu1Sg

Wstęp wolny, ale zachęcam do kupienia przynajmniej herbatki na miejscu!

21 czerwca 2014
"Gram na bębnach w bluesowym zespole Dr Blues & Soul Re Vision. A wiesz co to jest? (wyjmuje coś wyglądającego na składane krzesło) To bęben do ćwiczeń. Gdy jeżdżę do córki do Danii, zabieram go ze sobą i uderzam pałeczkami, aby nie wyjść z wprawy."
Na Polaków za granicą zawsze mogę liczyć. Pan Tomek był siódmą osobą, która mnie podwoziła poza terenem Polski: dwóch Niemców, żaden Duńczyk i aż pięciu Polaków! 
Dania

21 czerwca 2014

"Gram na bębnach w bluesowym zespole Dr Blues & Soul Re Vision. A wiesz co to jest? (wyjmuje coś wyglądającego na składane krzesło) To bęben do ćwiczeń. Gdy jeżdżę do córki do Danii, zabieram go ze sobą i uderzam pałeczkami, aby nie wyjść z wprawy."

Na Polaków za granicą zawsze mogę liczyć. Pan Tomek był siódmą osobą, która mnie podwoziła poza terenem Polski: dwóch Niemców, żaden Duńczyk i aż pięciu Polaków! 

Dania

20 czerwca 2014
Macham kciukiem na przy wjeździe na autostradę w połowie drogi z Berlina do Hamburga. Zatrzymuje się przy mnie auto na niemieckich tablicach rejestracyjnych, uchyla się okno.
- Entschuldigung, fahren Sie nach Hamburg? - pytam siedzącą za kierownicą kobietę, czy jedzie do Hamburga, ale nie rozumiem jej odpowiedzi. Próbuję wydukać coś więcej po niemiecku aż w końcu ta rzuca:- Polak?- No, tak.- Wsiadaj! - zaprasza rodaczka pracująca w Niemczech - ale po drodze będziemy musieli zatrzymać się w jakimś kiblu, bo mnie ciśnie.
Normalna rzecz… upycham w bagażniku pięćdziesiąt kilo swojego bagażu, wsiadam i odjeżdżamy. W rozmowie typu “czym się zajmujesz” Agnieszka (od razu przeszliśmy na “ty”) stwierdziła, że jest psychoterapeutką zajmującą się między innymi neurolingwistycznym programowaniem. Chyba ją wcześniej oceniłem na podstawie wyglądu, bo jej odpowiedź wzbudziła we mnie niedowierzanie… Postanowiłem pociągnąć ten temat.
Agnieszka wytłumaczyła, że neurolingwistyczne programowanie jest metodą pozwalającą na zmianę nastawienia. Przykładowo, jeśli stresujesz się przed wystąpieniem publicznym, wybiegnij myślami do momentu, gdy już jest po wszystkim i stoisz przed widownią. Jak reagują? Klaszczą, podobało im się? To teraz skup się na tym przyjemnym uczuciu, które czeka cię w przyszłości, a przestaniesz się stresować.
- Mogę ci za darmo zrobić terapię, za którą od klienta biorę ponad sto (nie pamiętam dokładnie ile) euro. - proponuje Agnieszka.- Dobra.- Pomyśl, czy jest coś, co chciałbyś w sobie zmienić albo czy masz w sobie jakiś lęk. - powiedziawszy to, podgłośniła lecące z płyty polskie reggae i zaczęła poruszać głową do rytmu, odrywając często ręce od kierownicy… To taki sposób tańca podczas jazdy.
Niestety, nie wiedziałem, co odpowiedzieć na jej pytanie. Terapeutka zaczęła więc w inny sposób:- Na ile procent siebie kochasz?- Nie wiem… 94%.- Ile masz w sobie wiary?- Są różne rodzaje wiary: w siebie, w życie pozagro…- Stop - przerywa - ile masz wiary?- …bowe… 80%- Jak bardzo jesteś pewny siebie?- Też w procentach? Hmm, yyy, 75%.
Zadawała precyzyjne pytania, a ja za każdym razem próbowałem odpowiadać w niejednoznaczny sposób. - Stop! - przerywała Agnieszka… I powtarzała zadane pytanie, dodając - co pomyślałeś na początku? - albo - Co podpowiada ci serce?
Pierwszy postęp w naszej rozmowie nastąpił, gdy Agnieszka celnie zadawanymi pytaniami na temat domu i stabilności zapędziła mnie w kozi róg i sam z siebie przyznałem, że nawet będąc bezdomnym człowiekiem mógłbym pozostać stabilnym emocjonalnie, a dom nie jest miejscem, tylko stanem umysłu.
***
Agnieszka oświadczyła, że pierdnęła. Więcej, zażartowała, że zgotowała mi Auschwitz. Zaśmiałem się do siebie: jakie niemądre jest ocenianie człowieka po pozorach. Oto siedziała obok mnie psychoterapeutka, kanał, szamanka i neurolingwistka w kolorowych trampkach i podartych jeansach.- Kim jesteś? - pytam Agnieszki.- Czy muszę być kimś? - odpowiada - Jestem tu.
Kontynuowaliśmy naszą terapię. Na skutek kolejnych celnie zadawanych przez Agnieszkę pytań doszedłem do kolejnego wniosku:- Każda moja porażka niesie ze sobą jakąś lekcję, nic nie dzieje się bez celu. Widocznie czasem sprawy przybierają pozornie niekorzystny obrót, aby uświadomić nam, że podążamy w złym kierunku i powinniśmy zawrócić, aby móc iść dalej właściwą drogą.
***
Słowa, słowa, słowa. Rozmawialiśmy właśnie o symbolach i numerologii.- Idą ciemne chmury - mówię - może to znak?- Znak? Nie sądzę. A co oznaczają? - dopytuje się Agnieszka.- Że… - zastanawiam się - Będzie padać i…- Stop! - próbuje przerwać ten nonsens terapeutka.- …i zasnę pod drzewem, żeby nie zmoknąć.
Otwarta dłoń kierowcy opadła z całym impetem na moją głowę, podniosła się i znowu ciężko opadła, jakby jej dłoń była młotkiem, a ja gwoździem, którego kilkunastoma uderzeniami wbijała w fotel.- Mam nadzieję, że bolało?- No, troszkę - odpowiadam, masując sobie głowę.- Skoro troszkę, to zaraz ci mocniej przypierdolę. - krzyczy zza kierownicy - W miejscu, w którym cię wysadzę już czeka na ciebie kolejna osoba, która cię podwiezie. Miej więcej wiary!
***
Agnieszka podwiozła mnie na drogę nr 7 objeżdżającą Hamburg, mimo że nie wybierała się w tym kierunku. Wyświadczyła mi przysługę - dzięki niej nie zagubiłem się w pajęczynie skrzyżowań autostrad i miałem już prostą drogę do Danii.- Ile kilometrów dla mnie poświęciłaś? - dopytuję.- Bezcenny czas - odpowiada - łapiesz?- Nie, będę to musiał rozkminić później - wyznałem, a moja przewoźniczka stwierdziła, że już przestała gazować po zjedzonym za szybko melonie.
Na pożegnanie zrobiliśmy sobie krótką sesję zdjęciową z samowyzwalacza. Agnieszka wręczyła mi na drogę wodę, powtarzając:- Nasze spotkanie nie było przypadkowe.
Moja przewoźniczka nie przekonała mnie do żadnej idei, tylko zadawała właściwe pytania, a ja sam wysuwałem wnioski. Bardzo mnie zainspirowała. Od razu po jej odjeździe z parkingu rozłożyłem karimatę i usiadłem na trawie, oparty o głaz. Gdy tak od około godziny spisywałem przygodę, podszedł do mnie rumuński kierowca tira, który dostrzegł mnie ze swojego pojazdu.
- Hello - mówi i wręcza mi wyjmowane z reklamówki dwie puszki piwa, czekoladę, konserwę i dwie bułki… Ot tak, bezinteresownie. I odchodzi.
"Człowiek dobry i otwarty działa jak magnes i przyciąga podobnych sobie" - mówiła Agnieszka. Kilkanaście minut później Rumun wraca, niosąc dwa jabłka, oba mi daje. Potrenował ze mną swój kulejący angielski, a ja pochwaliłem się znajomością kilku rumuńskich słów, wspomniałem piękne rumuńskie góry, które odwiedziłem na początku mojej 3-miesięcznej włóczęgi autostopem i zapewniłem na migi, że na pewno napiszę o nim w swoim pamiętniku. A w nim swoje wrażenia spisywałem przez dwie i pół godziny…
***
Jechałem właśnie autostopem do pracy w Norwegii. Rodzina namawiała, abym poleciał samolotem za jedyne 40 zł i oszczędził sobie podróży na stopa. Na szczęście, nie wszystko ma swoją cenę. Ja odbyłem właśnie rozmowę, za którą, będąc typowym klientem, zapłaciłbym kilkaset złotych. My jednak handlowaliśmy bezcennymi czasem i doświadczeniami.
Niemcy

20 czerwca 2014

Macham kciukiem na przy wjeździe na autostradę w połowie drogi z Berlina do Hamburga. Zatrzymuje się przy mnie auto na niemieckich tablicach rejestracyjnych, uchyla się okno.

- Entschuldigung, fahren Sie nach Hamburg? - pytam siedzącą za kierownicą kobietę, czy jedzie do Hamburga, ale nie rozumiem jej odpowiedzi. Próbuję wydukać coś więcej po niemiecku aż w końcu ta rzuca:
- Polak?
- No, tak.
- Wsiadaj! - zaprasza rodaczka pracująca w Niemczech - ale po drodze będziemy musieli zatrzymać się w jakimś kiblu, bo mnie ciśnie.

Normalna rzecz… upycham w bagażniku pięćdziesiąt kilo swojego bagażu, wsiadam i odjeżdżamy. W rozmowie typu “czym się zajmujesz” Agnieszka (od razu przeszliśmy na “ty”) stwierdziła, że jest psychoterapeutką zajmującą się między innymi neurolingwistycznym programowaniem. Chyba ją wcześniej oceniłem na podstawie wyglądu, bo jej odpowiedź wzbudziła we mnie niedowierzanie… Postanowiłem pociągnąć ten temat.

Agnieszka wytłumaczyła, że neurolingwistyczne programowanie jest metodą pozwalającą na zmianę nastawienia. Przykładowo, jeśli stresujesz się przed wystąpieniem publicznym, wybiegnij myślami do momentu, gdy już jest po wszystkim i stoisz przed widownią. Jak reagują? Klaszczą, podobało im się? To teraz skup się na tym przyjemnym uczuciu, które czeka cię w przyszłości, a przestaniesz się stresować.

- Mogę ci za darmo zrobić terapię, za którą od klienta biorę ponad sto (nie pamiętam dokładnie ile) euro. - proponuje Agnieszka.
- Dobra.
- Pomyśl, czy jest coś, co chciałbyś w sobie zmienić albo czy masz w sobie jakiś lęk. - powiedziawszy to, podgłośniła lecące z płyty polskie reggae i zaczęła poruszać głową do rytmu, odrywając często ręce od kierownicy… To taki sposób tańca podczas jazdy.

Niestety, nie wiedziałem, co odpowiedzieć na jej pytanie. Terapeutka zaczęła więc w inny sposób:
- Na ile procent siebie kochasz?
- Nie wiem… 94%.
- Ile masz w sobie wiary?
- Są różne rodzaje wiary: w siebie, w życie pozagro…
- Stop - przerywa - ile masz wiary?
- …bowe… 80%
- Jak bardzo jesteś pewny siebie?
- Też w procentach? Hmm, yyy, 75%.

Zadawała precyzyjne pytania, a ja za każdym razem próbowałem odpowiadać w niejednoznaczny sposób. 
- Stop! - przerywała Agnieszka… I powtarzała zadane pytanie, dodając - co pomyślałeś na początku? - albo - Co podpowiada ci serce?

Pierwszy postęp w naszej rozmowie nastąpił, gdy Agnieszka celnie zadawanymi pytaniami na temat domu i stabilności zapędziła mnie w kozi róg i sam z siebie przyznałem, że nawet będąc bezdomnym człowiekiem mógłbym pozostać stabilnym emocjonalnie, a dom nie jest miejscem, tylko stanem umysłu.

***

Agnieszka oświadczyła, że pierdnęła. Więcej, zażartowała, że zgotowała mi Auschwitz. Zaśmiałem się do siebie: jakie niemądre jest ocenianie człowieka po pozorach. Oto siedziała obok mnie psychoterapeutka, kanał, szamanka i neurolingwistka w kolorowych trampkach i podartych jeansach.
- Kim jesteś? - pytam Agnieszki.
- Czy muszę być kimś? - odpowiada - Jestem tu.

Kontynuowaliśmy naszą terapię. Na skutek kolejnych celnie zadawanych przez Agnieszkę pytań doszedłem do kolejnego wniosku:
- Każda moja porażka niesie ze sobą jakąś lekcję, nic nie dzieje się bez celu. Widocznie czasem sprawy przybierają pozornie niekorzystny obrót, aby uświadomić nam, że podążamy w złym kierunku i powinniśmy zawrócić, aby móc iść dalej właściwą drogą.

***

Słowa, słowa, słowa. Rozmawialiśmy właśnie o symbolach i numerologii.
- Idą ciemne chmury - mówię - może to znak?
- Znak? Nie sądzę. A co oznaczają? - dopytuje się Agnieszka.
- Że… - zastanawiam się - Będzie padać i…
- Stop! - próbuje przerwać ten nonsens terapeutka.
- …i zasnę pod drzewem, żeby nie zmoknąć.

Otwarta dłoń kierowcy opadła z całym impetem na moją głowę, podniosła się i znowu ciężko opadła, jakby jej dłoń była młotkiem, a ja gwoździem, którego kilkunastoma uderzeniami wbijała w fotel.
- Mam nadzieję, że bolało?
- No, troszkę - odpowiadam, masując sobie głowę.
- Skoro troszkę, to zaraz ci mocniej przypierdolę. - krzyczy zza kierownicy - W miejscu, w którym cię wysadzę już czeka na ciebie kolejna osoba, która cię podwiezie. Miej więcej wiary!

***

Agnieszka podwiozła mnie na drogę nr 7 objeżdżającą Hamburg, mimo że nie wybierała się w tym kierunku. Wyświadczyła mi przysługę - dzięki niej nie zagubiłem się w pajęczynie skrzyżowań autostrad i miałem już prostą drogę do Danii.
- Ile kilometrów dla mnie poświęciłaś? - dopytuję.
- Bezcenny czas - odpowiada - łapiesz?
- Nie, będę to musiał rozkminić później - wyznałem, a moja przewoźniczka stwierdziła, że już przestała gazować po zjedzonym za szybko melonie.

Na pożegnanie zrobiliśmy sobie krótką sesję zdjęciową z samowyzwalacza. Agnieszka wręczyła mi na drogę wodę, powtarzając:
- Nasze spotkanie nie było przypadkowe.

Moja przewoźniczka nie przekonała mnie do żadnej idei, tylko zadawała właściwe pytania, a ja sam wysuwałem wnioski. Bardzo mnie zainspirowała. Od razu po jej odjeździe z parkingu rozłożyłem karimatę i usiadłem na trawie, oparty o głaz. Gdy tak od około godziny spisywałem przygodę, podszedł do mnie rumuński kierowca tira, który dostrzegł mnie ze swojego pojazdu.

- Hello - mówi i wręcza mi wyjmowane z reklamówki dwie puszki piwa, czekoladę, konserwę i dwie bułki… Ot tak, bezinteresownie. I odchodzi.

"Człowiek dobry i otwarty działa jak magnes i przyciąga podobnych sobie" - mówiła Agnieszka. Kilkanaście minut później Rumun wraca, niosąc dwa jabłka, oba mi daje. Potrenował ze mną swój kulejący angielski, a ja pochwaliłem się znajomością kilku rumuńskich słów, wspomniałem piękne rumuńskie góry, które odwiedziłem na początku mojej 3-miesięcznej włóczęgi autostopem i zapewniłem na migi, że na pewno napiszę o nim w swoim pamiętniku. A w nim swoje wrażenia spisywałem przez dwie i pół godziny…

***

Jechałem właśnie autostopem do pracy w Norwegii. Rodzina namawiała, abym poleciał samolotem za jedyne 40 zł i oszczędził sobie podróży na stopa. Na szczęście, nie wszystko ma swoją cenę. Ja odbyłem właśnie rozmowę, za którą, będąc typowym klientem, zapłaciłbym kilkaset złotych. My jednak handlowaliśmy bezcennymi czasem i doświadczeniami.

Niemcy

Wróciłem stopem z pracy w Norwegii, więc już mogę zacząć pisać o swoich przygodach i ludziach, których spotkałem podczas podróży i pracy - Wietnamczykach, Szwedach, Polakach i Irance. Zaraz, byłem przecież w Norwegii, to powinno być też o Norwegach…? Niestety, tak się złożyło, że tych tam za wielu nie spotkałem.
Jeśli jednak nie będzie codziennie jednego wpisu, to wybaczcie mi… Jak zwykle, jestem trochę zakręcony (co widać na obrazku) i mam sporo spraw na głowie (mam nadzieję, że to też jest widoczne).
Rumia

Wróciłem stopem z pracy w Norwegii, więc już mogę zacząć pisać o swoich przygodach i ludziach, których spotkałem podczas podróży i pracy - Wietnamczykach, Szwedach, Polakach i Irance. Zaraz, byłem przecież w Norwegii, to powinno być też o Norwegach…? Niestety, tak się złożyło, że tych tam za wielu nie spotkałem.

Jeśli jednak nie będzie codziennie jednego wpisu, to wybaczcie mi… Jak zwykle, jestem trochę zakręcony (co widać na obrazku) i mam sporo spraw na głowie (mam nadzieję, że to też jest widoczne).

Rumia

Od trzech dni jadę autostopem do pracy w Norwegii. Przed wyruszeniem w trasę nie przejmowałem się, że zabieram ze sobą trochę nieporęczny, 50-kilogramowy bagaż (kupiłem w Polsce 25 kg prowiantu, bo w Skandynawii jest drogo), ale już po kilku godzinach dźwigania toreb wiedziałem, czego mi potrzeba: deskorolki, trochę linki do przywiązania bagażu oraz paska. Od tej pory 25 kg mam na plecach, a drugie tyle… ciągnę na kółkach. 

Podczas podróży podwozili mnie m.in. psychoterapeutka (Niemcy) i muzyk (Dania), o których napiszę, gdy uzyskam dostęp do komputera. Na razie jednak ja i mój smartfon pozdrawiamy sprzed McDonalda, czyli jedynego miejsca z darmowym internetem w okolicy.

Szwecja

Od trzech dni jadę autostopem do pracy w Norwegii. Przed wyruszeniem w trasę nie przejmowałem się, że zabieram ze sobą trochę nieporęczny, 50-kilogramowy bagaż (kupiłem w Polsce 25 kg prowiantu, bo w Skandynawii jest drogo), ale już po kilku godzinach dźwigania toreb wiedziałem, czego mi potrzeba: deskorolki, trochę linki do przywiązania bagażu oraz paska. Od tej pory 25 kg mam na plecach, a drugie tyle… ciągnę na kółkach.

Podczas podróży podwozili mnie m.in. psychoterapeutka (Niemcy) i muzyk (Dania), o których napiszę, gdy uzyskam dostęp do komputera. Na razie jednak ja i mój smartfon pozdrawiamy sprzed McDonalda, czyli jedynego miejsca z darmowym internetem w okolicy.

Szwecja

Anonim zapytał(a): Hej! Trafiłam tutaj dosłownie przed chwilą, i co widzę?! Startowałeś na scenariopisarstwo, tak jak ja! Jeśli byłeś w zeszłym roku na egzaminach, to może się minęliśmy. A jak tam nastrój po tegorocznych wynikach? Btw, świetne zdjęcia, no i zazdroszczę odwagi, naprawdę :) Pozdrawiam, Justyna

Cześć,
moja przyszłość wciąż stoi pod znakiem zapytania, bo komisja ze Szkoły Filmowej odrzuciła moją teczkę na samym wstępie. Uważam jednak, że taki obrót spraw też jest dobry. Lubię nie mieć zaplanowanej przyszłości na kilka lat do przodu - po prostu robić swoje z nadzieją, że z porażki wypłyną same korzyści. Dzięki temu, że w zeszłym roku nie dostałem się na sztukę operatorską, przejechałem na stopa ponad 30000 km i przeżyłem sporo przygód. W tym roku nie dostałem się na scenariopisarstwo, ale postaram się w jak najlepszy sposób wypromować ideę podróżowania bez doświadczenia, planowania i za małe pieniądze… Nie chcę na razie mówić za wiele na ten temat.

Chciałem się tam dostać, ale teraz pozostaje mi tylko patrzeć na zalety nie dostania się. :)

Pozdrawiam,
Michał

Tu byliśmy,Kolor nieba widzieliśmy.
7 maja 2014, Czechy

Tu byliśmy,
Kolor nieba widzieliśmy.

7 maja 2014, Czechy

bookslikedrugs zapytał(a): Jestes jednym z najzabawniejszych i najodważniejszych ludzi jakich miałam przyjemność poznac. Byles u mnie w szkole i po 2 godzinach spędzonych na wysluchiwaniu histori twojej podróży, stałes sie w pewnym sensie moim mentorem. Chciałabym przeżyć to co ty. Dziekuje ci za to bo teraz mam jakies marzenie :** Marta

Cześć,
ale świetnie! :) Po wakacjach będę musiał ruszyć z koksem i kontynuować robienie prezentacji w szkołach, bo daje mi to dużo pozytywnej energii.

Polecam wybrać się na Kolosy (największa impreza podróżnicza w Polsce). Odbywają się co roku na początku marca w Gdyni, a opowieści jeszcze bardziej szalone niż moje (w tym roku nawet nie dostałem się na Kolosy) są od rana do wieczora przez 3 dni! Możesz się tam wybrać i dopracować swoje marzenie - dokąd chciałabyś kiedyś pojechać, jak się przygotować, itd…

Pozdrówki,
Michał

Anonim zapytał(a): Hej Miachał! Byłeś dziś u nas w szkole! Wspomniałeś, że nie zdałeś na studia, chciałam się Ciebie zapytać skąd wziąłeś pieniądze na swoje podróże? Agnieszka

Cześć Agnieszka,
gdy wyjeżdżałem, to miałem niewiele pieniędzy, ale co miesiąc na moje konto wpływało 500 zł za wynajem mieszkania. Dodatkowo, ku mojemu zaskoczeniu, mój tata przed wyjazdem dał mi 1000 zł!
W tym roku jednak jadę zarobić na podróż zbierając truskawki w Norwegii.

Anonim zapytał(a): Byłam w LO II, gdzie pokazywałeś zdjęcia ze swojej podróży i o niej opowiadałeś. Jesteś jedną z odważniejszych osób jakie widziałam. Inspirujesz mnie i pokazujesz, że jak się czegoś chce, to można. Cały czas tylko zastanawiam się, czy nigdy nie bałeś się chodzić do obcych osób zapraszających cię? Dlaczego zdecydowałeś się na taką podróż?

Czy nigdy nie bałeś się chodzić do obcych osób zapraszających cię?
- Zazwyczaj, zanim ktoś zaprosił mnie do swojego domu, zdążyłem już polubić daną osobę i wymienić z nią jeśli nie wiele informacji (bariera językowa), to przynajmniej się z nią pośmiać. A kto się śmieje, wzbudza moje zaufanie. Raz jednak w Gruzji otrzymałem zaproszenie od pewnego, również uśmiechniętego pijaka (o którym wczoraj opowiadałem) i udałem się z nim do meliny… Nie żebym się bał, ale wiedziałem, że postępuję nierozsądnie. Jako optymista doszedłem jednak do wniosku, że jeśli coś się stanie, to będę miał przynajmniej ciekawą historię do opowiedzenia (i miałem) :).

Dlaczego zdecydowałeś się na taką podróż?
- Gdy nie dostałem się na studia, spędziłem trzy tygodnie siedząc samemu w domu i marnując czas… Tak raz szwendając się po mieszkaniu znalazłem książkę "Pierwsza wyprawa - Nepal" Kingi Choszcz. To była pierwsza lektura podróżnicza, którą przeczytałem. Później zaczytałem się w jej opis podróży autostopem dookoła świata… Dzięki tym książkom dowiedziałem się tego, czego Wy (mam nadzieję) na mojej prelekcji: że można podróżować z niewielką ilością pieniędzy, a napotykani ludzie często są bardzo gościnni. Ja postanowiłem, że skoro nie mam planów na nadchodzący rok, a świat stoi otworem, to ruszam. 3 tygodnie po podjęciu tej decyzji wyjechałem.

- Fajnie by było spać w namiocie na tej skale. - mówię do Klaudii gdzieś w Czarnogórze.
Pomysł jednak odrzucamy, bo kończy nam się jedzenie i już mamy złapanego stopa… Czy ja właśnie robię wymówki? Mogliśmy tam spać. Noc na skale wcale nie była takim złym pomysłem! Czasem jednak dwie wymówki sprawiają, że zapominamy, o czym myśleliśmy przed minutą.
Podobnie jest z marzeniem. Robimy wymówki, aby go nie spełnić. Potem, gdy jest już za późno, przypominamy sobie o nim. Dlatego z marzeniami i noclegami na skale nie należy zwlekać. Niech cały świat myśli, że jesteś szalony. Mi i Klaudii tutaj zabrakło szaleństwa, ale… Przynajmniej byliśmy w Czarnogórze choć planowaliśmy dotrzeć tylko do Słowenii. A to jakiś krok naprzód!
3 maja 2014, Czarnogóra

- Fajnie by było spać w namiocie na tej skale. - mówię do Klaudii gdzieś w Czarnogórze.

Pomysł jednak odrzucamy, bo kończy nam się jedzenie i już mamy złapanego stopa… Czy ja właśnie robię wymówki? Mogliśmy tam spać. Noc na skale wcale nie była takim złym pomysłem! Czasem jednak dwie wymówki sprawiają, że zapominamy, o czym myśleliśmy przed minutą.

Podobnie jest z marzeniem. Robimy wymówki, aby go nie spełnić. Potem, gdy jest już za późno, przypominamy sobie o nim. Dlatego z marzeniami i noclegami na skale nie należy zwlekać. Niech cały świat myśli, że jesteś szalony. Mi i Klaudii tutaj zabrakło szaleństwa, ale… Przynajmniej byliśmy w Czarnogórze choć planowaliśmy dotrzeć tylko do Słowenii. A to jakiś krok naprzód!

3 maja 2014, Czarnogóra

pustekieszenie zapytał(a): Twoja ostatnia podróż była chyba pierwszą podczas której towarzyszyła Ci kompanka? W kolejne wojaże zamierzasz wybrać się zatem sam czy też polubiłeś pokonywanie kolejnych kilometrów z kimś u boku?

Tak, to była moja pierwsza podróż z kompanką, a nie z kolegą czy samemu. Było dużo łatwiej. To Klaudia podeszła w Słowacji na stacji benzynowej do człowieka, który zabrał nas bezpośrednio do Czarnogóry… Wystawiała też kciuka, podczas gdy ja wdrapywałem się na znaki drogowe czy jadłem łyżeczką rozpuszczoną czekoladę. Bywało też raźniej, np. wymyśliliśmy sobie układ choreograficzny i powtarzaliśmy go przed każdym przejeżdżającym pojazdem. A, no i nigdy w życiu nie złapałem na stopa pierwszego pojazdu, do którego pomachałem. Z kompanką u boku - dwukrotnie :). Myślę, że w następną podróż pojadę razem z Klaudią.

Obiecywałem regularne wpisy na blogu o moim wyjeździe na stopa z Klaudią. Zabrakło jednak czasu… więc streszczę naszą podróż w pięciu zdaniach.
1) Zaliczyliśmy 10 krajów w 8 dni.2) Podwoziło nas 46 osób.3) Najdalej byliśmy w Czarnogórze.4) Chorwaccy celnicy chcieli mnie wsadzić do więzienia.5) W Czechach uciekały przed nami gigantyczne dżdżownice.
Jeśli macie jakieś pytania… To zachęcam do ich zadawania! 
***
Oko Ziemi prowadzę już dziesięć miesięcy. Spisałem na nim wiele (choć wciąż za mało) przygód. Opowiadam też często swoje historie przed widownią, na żywo. Uznałem, że jeśli chcę to połączyć ze swoją inną pasją, czyli filmami, to powinienem dostać się na scenariopisarstwo do Szkoły Filmowej w Łodzi!
Dwa ostatnie tygodnie poświęciłem na stworzenie i zawiezienie teczki na wymarzoną uczelnię. Musiałem napisać swój pomysł na film fabularny, wybrać najlepsze dzieła literackie, itd… Włożyłem też dziesięć swoich zdjęć, w tym autoportret wykonany kilkaset metrów za moim domem (zdjęcie powyżej). 13 czerwca dowiem się, czy przeszedłem do drugiego etapu rekrutacji, ale nie musicie za mnie trzymać kciuków - wystarczająco się namachałem swoim w tym roku. Na studia kandyduje około pięćdziesiąt osób, a na rok przyjmą tylko pięć.
Tymczasem, już jutro zapraszam wszystkich na festyn charytatywny w X LO w Gdyni, na którym o 15:00 i 16:10 przeprowadzę 20-minutowe prelekcje podróżnicze (po więcej szczegółów kliknij TUTAJ). Będzie okazja zapytać o te gigantyczne dżdżownice i celników grążących mi więzieniem :).

Obiecywałem regularne wpisy na blogu o moim wyjeździe na stopa z Klaudią. Zabrakło jednak czasu… więc streszczę naszą podróż w pięciu zdaniach.

1) Zaliczyliśmy 10 krajów w 8 dni.
2) Podwoziło nas 46 osób.
3) Najdalej byliśmy w Czarnogórze.
4) Chorwaccy celnicy chcieli mnie wsadzić do więzienia.
5) W Czechach uciekały przed nami gigantyczne dżdżownice.

Jeśli macie jakieś pytania… To zachęcam do ich zadawania

***

Oko Ziemi prowadzę już dziesięć miesięcy. Spisałem na nim wiele (choć wciąż za mało) przygód. Opowiadam też często swoje historie przed widownią, na żywo. Uznałem, że jeśli chcę to połączyć ze swoją inną pasją, czyli filmami, to powinienem dostać się na scenariopisarstwo do Szkoły Filmowej w Łodzi!

Dwa ostatnie tygodnie poświęciłem na stworzenie i zawiezienie teczki na wymarzoną uczelnię. Musiałem napisać swój pomysł na film fabularny, wybrać najlepsze dzieła literackie, itd… Włożyłem też dziesięć swoich zdjęć, w tym autoportret wykonany kilkaset metrów za moim domem (zdjęcie powyżej). 13 czerwca dowiem się, czy przeszedłem do drugiego etapu rekrutacji, ale nie musicie za mnie trzymać kciuków - wystarczająco się namachałem swoim w tym roku. Na studia kandyduje około pięćdziesiąt osób, a na rok przyjmą tylko pięć.

Tymczasem, już jutro zapraszam wszystkich na festyn charytatywny w X LO w Gdyni, na którym o 15:00 i 16:10 przeprowadzę 20-minutowe prelekcje podróżnicze (po więcej szczegółów kliknij TUTAJ). Będzie okazja zapytać o te gigantyczne dżdżownice i celników grążących mi więzieniem :).